🇨🇮 Zielono mi! Świętego Patryka w Dublinie

Kacper Malarz

Cześć! Jestem Kacper i pochodzę z podwarszawskiego Celestynowa. Ukończyłem studia licencjackie na kierunku Turystyka i Rekreacja w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, pracuję w tej branży, a od kilku lat spełniam się w roli podróżnika. Praca na pełny etat nie przeszkadza mi, aby znaleźć czas na podróże – zarówno te małe jak i duże. Zapraszam Was do odkrywania ze mną świata.

Poczytaj i daj się porwać w niesamowitą podróż!

Media społecznościowe


Zieleń – to pierwsze skojarzenie jakie mi przychodzi do głowy myśląc o mojej wizycie w Dublinie na początku bieżącego roku. Choć z różnych powodów ten wyjazd był ciężki do spięcia to jednak się odbył. Jeśli ktoś myśli o odwiedzeniu stolicy Irlandii w tym okresie to niech się nie waha i po prostu rezerwuje loty i noclegi – tym bardziej, że im bliżej do marca tym ciężej coś znaleźć w optymalnej cenie.

Jeszcze pracując w poprzedniej firmie dostałem od grupy znajomych karty podarunkowe Ryanaira do wykorzystania. Termin wykorzystania nadchodził, a siatka połączeń z Modlina w związku z trwającym wtedy konfliktem interesów pomiędzy niskokosztowcem, a lotniskiem ubożała. Stwierdziłem, że kierunek, który na pewno z oferty nie zniknie to główna baza Ryana, Dublin – tutaj miałem pole do popisu rezerwując loty w czerwcu poprzedniego roku, ale skoro marzec był dostępny to celowałem w wydłużenie weekendu ze Świętem Patryka. Tak wygląda geneza wyjazdu akurat do tego miasta, akurat w tym okresie.

Do Dublina wyleciałem 15 marca z lotniska Warszawa-Modlin. Może to zabrzmi dziwnie biorąc pod uwagę masę opinii, ale ja lubię stąd latać. Wszystko trwa szybko, dojazd nie należy do najtrudniejszych zarówno biorąc pod uwagę komunikację publiczną (pociąg) jak i dojazd własny. Nie mogę się doczekać nadchodzących miesięcy, kiedy do Modlina wkroczą WizzAir i Air Arabia – w końcu pojawi się konkurencja, a wraz z nią okazje dla nas, klientów. Choć udało mi się upolować jedne z najtańszych biletów w ostatnich miesiącach do Sofii z racji uruchomienia połączeń z/do Modlina to niestety będę musiał z nich zrezygnować ze względów niezależnych ode mnie. To nie oznacza, że nie będę polował – i mam nadzieję na to, że znów będę leciał z Mazowieckiego Portu Lotniczego.

W stolicy Irlandii jak na Ryana przystało wylądowałem chwilę przed rozkładowym czasem. Ruszyłem w stronę miasta autobusem, aby udać się do swojego noclegu. Z uwagi na to, że podróżowałem samotnie w dosyć drogim jak na to miasto okresie, mój nocleg stanowił pokój w domu rodzinnym. Samo zakwaterowanie za takie pieniądze to nieprzyjemny żart i chyba po raz pierwszy na Booking.com wystawiłem opinię 1/10. Nie otrzymałem żadnej instrukcji gdzie mam szukać kluczy, a próby kontaktu telefonicznego nie przyniosły efektów. W dobrym momencie pojawiła się dziewczyna z Ukrainy, która jak się okazało też miała pokoik w tym domu i jakimś trafem udało jej się zdobyć informacje gdzie czego szukać. Miała inny numer kontaktowy do obiektu niż udostępniony w Booking.com. Co by nie było, do tematu noclegu wracać nie będę – nie było to warte takich pieniędzy na pewno.

Wieczorkiem celem zapoznania się z miastem postanowiłem wyjść na spacer. Było przyjemnie, wiosennie. Całe budynki w centrum miasta były podświetlone na zielono, a wszystko to dawało niesamowity efekt. Zamówiłem paczkę niespodziankę z Too Good To Go, która stała się moim śniadaniem na kolejne dni – były to donuty nadziewane kremem czekoladowym i owocowym. Lubię śniadania na słodko, więc przypadło mi do gustu to rozwiązanie. Wróciłem do mieszkanka zahaczając o Tesco po drobne zakupy. Pierwsza styczność z irlandzkimi cenami – ała, to co najmniej bolesne doświadczenie (choć z perspektywy czasu nic nie przebiło jeszcze odwiedzonego przeze mnie w sierpniu Lotniska w Zurychu).

Następny dzień zapowiadał się przepięknie. Nie było żadnej chmurki na niebie, a to zwiastowało naprawdę przyjemny czas. Nie wiem po co mi była kurtka, ale… Za radą przyjaciół, którzy byli tu jakiś czas wcześniej pojechałem pociągiem do Howth, gdzie spacerowałem w pięknych okolicznościach przyrody. Dojazd z centrum miasta zajął pociągiem nieco ponad 20 minut, więc bardzo szybko znalazłem się w najdalej wysuniętym na wschód punkcie Irlandii. To tutaj przyjeżdżają odpoczywać całe rodziny. Co tu dużo opisywać, zobaczcie i znajdźcie powody tego stanu rzeczy poniżej.

Po południu ruszyłem z Howth do miasta autobusem piętrowym niczym w Londynie. Zawsze gdy trafiam do krajów z lewostronnym ruchem drogowym czuję się co najmniej dziwnie, ale jakoś do od setek lat działa. Gdybym chociaż raz prawie nie wpakował się pod samochód jadący z „niespodziewanej” strony nie byłbym osobą, która na codzień jeździ po prawej…

Miasto szykowało się już do parady organizowanej jak co roku w Świętego Patryka. Na całej trasie umieszczane były informacje o której parada powinna osiągnąć dany punkt. Na obiad trafiłem do jakże znanej mi marki McDonald’s. Po obiedzie, a w sumie to raczej obiadokolacji ruszyłem na wieczorny spacer po dzielnicy, w której swoje siedziby ma wiele firm powiązanych z finansami. Wieczorem było tu bardzo spokojnie, a zarazem klimatycznie. Choć smutno czasami tak samemu przechadać się po nieznanym mieście to niewątpliwie przeważała radość z odkrywania kolejnych, nieprzetartych przeze mnie jeszcze szlaków.

17 marca – Świętego Patryka. To dzień, święto w Irlandii, które obchodzone jest bardzo hucznie. Ta energia, która niesie się po całym mieście jest niesamowita i ja też dałem się jej porwać. Po zjedzeniu śniadania w postaci zakupionych wcześniej donutów ruszyłem od razu praktycznie na sam początek parady, by mieć szansę ją bacznie obserwować. To po prostu trzeba przeżyć i moja obecność w tym miejscu i w tym czasie stanowi spełnienie marzeń. Po zakończeniu parady, miasto świętuje – ja tylko obserwuję, a przynajmniej tym razem. Jadąc gdzieś samemu zawsze mam blokadkę, aby ponieść się świętowaniu.

Kolejny dzień w Dublinie to dla mnie wizyty w muzeach. Odwiedziłem EPIC – Muzeum Emigracji, które jest bardzo interaktywne, a co za tym idzie dla każdego coś się znajdzie. Przemieszczając się po kolejnych salach zbiera się pieczęcie w swoim paszporcie (otrzymuje się go na wejściu). Muzeum kryje sobie wiele historii wydawałoby się zwykłych osób, których los wpłynął na wielu.

Będąc w Irlandii, a szczególnie będąc w Dublinie grzechem byłoby nie być w słynnym na świecie browarze Guiness. Sama ekspozycja dla odwiedzających jest również interaktywna, a kto jest pełnoletni to w czasie wędrówki po salach trafia się na degustację. Po zwiedzeniu całego obiektu na górze można wymienić voucher na Guinessa lub inny napój i podziwiać panoramę Dublina. Bardzo fajne doświadczenie, choć nie jestem fanem piwa. Przed wyjściem można wyposażyć się w pamiątki markowe.

Od mojej wizyty w Dublinie minęło nieco ponad pół roku – wiele zdążyło się w międzyczasie wydarzyć, ale jedno jest pewne. Wróciłbym, chociażby zobaczyć tą bardziej nieodkrytą, sielską stronę Irlandii. To jest plan na kiedyś – tymczasem zabierajcie się za planowanie podróży do Dublina, prosto na Świętego Patryka!