🇦🇿 Gdzieś nad ogromnym, słonym jeziorem

Kacper Malarz

Cześć! Jestem Kacper i pochodzę z podwarszawskiego Celestynowa. Ukończyłem studia licencjackie na kierunku Turystyka i Rekreacja w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, pracuję w tej branży, a od kilku lat spełniam się w roli podróżnika. Praca na pełny etat nie przeszkadza mi, aby znaleźć czas na podróże – zarówno te małe jak i duże. Zapraszam Was do odkrywania ze mną świata.

Poczytaj i daj się porwać w niesamowitą podróż!

Media społecznościowe


Kraje Kaukazu mają w sobie coś wyjątkowego, co mnie niesamowicie przyciąga. Czy to ta słynna gościnność, czy może raczej otwartość i życzliwość? Uwielbiam odkrywać i opisywać dla Was Nieodkryte Szlaki i w sumie nie wiem czy to nie jest największym czynnikiem, za to na pewno wiem, że czułem się w tym miejscu znakomicie. Trzeci, ostatni dla mnie kraj tego regionu odwiedzony i nie będę ukrywać – czuję po tym przedłużonym weekendzie ogromny niedosyt. Mam po co wracać – na mapie punkty się pojawiły, czasu niestety zabrakło. Kraina szklanych domów Żeromskiego, pięknej architektury (duża część była zaprojektowana przez naszych rodaków) i bogactw skrywanych przez naturę pod morzem Kaspijskim (i nie tylko) będącym tak właściwie jeziorem. Przed Wami stolica Azerbejdżanu – Baku.

Moja podróż była wyjątkowa już od samego początku – dzięki osiągniętemu statusowi Frequent Traveller w programie Miles & More Polskich Linii Lotniczych miałem okazję po raz pierwszy skorzystać z Saloniku Biznesowego w czasie oczekiwania na odlot. Na lotnisku nie wydałem nawet złotówki. Podróżowanie w ten sposób to czysta przyjemność. Wylot z Warszawy do Baku odbywał się późnym wieczorem, o godzinie 23:00. Na lotnisko w Baku samolot dociera o wschodzie słońca, chwilę po godzinie 06:00. Już samo lotnisko robi niesamowite wrażenie dzięki swojej architekturze. Przy tej okazji warto wspomnieć, że aby podróżować do Azerbejdżanu konieczne jest wyrobienie elektronicznej wizy. Jej wyrobienie zajmuje parę dni roboczych i kosztuje około 100 złotych (25 USD). Ze względu na nocny lot, zarezerwowałem hotel w Baku już od poprzedniego dnia, więc od razu zakwaterowałem się, aby przespać te parę godzin po podróży. Niestety mam taką przypadłość, że niesamowicie mi ciężko zasnąć na siedząco, więc przez lot może „odleciałem” na paręnaście minut…

Na pierwszy ogień zaplanowałem jedną atrakcję przez GetYourGuide – rejs po Morzu Kaspijskim. Zostałem odebrany przez swojego przewodnika spod hotelu, skąd ruszyliśmy zakorkowanymi ulicami miasta do portu. Przez sytuację drogową nie wyrobiliśmy się na prom, a więc mieliśmy czas na poznanie się. Tutaj wyszły ciekawe podobieństwa – obaj w przeszłości pracowaliśmy w fastfoodzie pod złotymi łukami i dzielą nas zaledwie dwa lata różnicy wiekowej. Nie wiem jak do tego doszło, ale dałem się namówić na atrakcje typu wesołe miasteczko. Dzięki temu nasz czas oczekiwania na kolejny prom minął po prostu szybciej. Gdy na prom już trafiliśmy miałem możliwość spróbowania Azerbejdżańskiej herbaty – Azercay. Smakuje ona zupełnie inaczej niż zwyczajna Earl Gray. Będąc tutaj to grzech jej nie spróbować. Gdy tylko wypłynęliśmy miałem możliwość podziwiania panoramy miasta. Wśród punktów, które mogłem obserwować znalazły się m. in. największa flaga na świecie, Flame Towers oraz platformy wydobycia ropy/gazu na Morzu (a właściwie to największym, słonym jeziorze świata) Kaspijskim.

Wcześniej wspomniałem o konieczności wyrobienia wizy na podróż do Azerbejdżanu. Jako ciekawostkę mogę tutaj dodać, że nie tak dawno zakończył się spór sąsiedzki o region Górskiego Karabachu. Nie ma już problemów z wizytą najpierw w Armenii, a później w Azerbejdżanie – problemem może być pieczątka nieistniejącego już nieuznawanego państwa „Górski Karabach”. Na granicy nie miałem właściwie zadanych żadnych pytań – po prostu wbito mi pieczątkę wjazdową. Nawet w Armenii służby dopytywały co mnie sprowadza i po co przyjechałem do Erywania. Droga łącząca Azerbejdżan ze swoją eksklawą nosi nazwę Drogą Trumpa. To tak w ramach ciekawostki.

Po rejsie poszliśmy coś przekąsić w pobliskiej galerii. Na wejściu nasze rzeczy przechodzą przez skaner (a na wjeździe sprawdzane są bagażniki samochodów) podobnie jak w miastach tureckich. Takie kontrole mają zapobiec jakimkolwiek dramatom w postaci zamachów terrorystycznych, a te miały miejsce w nie tak dalekiej przeszłości, m. in. w bakijskim metrze. Swoją drogą stacje metra w Baku są piękne – tylko, że… Nie można ich fotografować. Dla poszanowania prawa, nie mam żadnych miejsc. To po prostu musicie uwierzyć na słowo i zobaczyć na własne oczy. Po szybkim fastfoodzie zostałem odstawiony do hotelu. Gdybyście potrzebowali lokalnego przewodnika to z pewnością Nurlan pokaże Wam miasto i podzieli się ogromem wiedzy (+994 70 981 08 00). Wspomnijcie mu o takim jednym człowieku, z którym spędził parę godzin w marcu – ciekawe, czy będzie pamiętał 🙂

Wieczorem postanowiłem sprawdzić możliwość kupienia sobie biletów na transport zbiorowy oraz odwiedzić market po drobną kolację i przekąski. Komunikacja miejska w Baku to metro oraz autobusy. Można z nich korzystać posiadając odpowiednią kwotę na karcie BakiCart. Cena za przejazd metrem to 0,60 AZN, autobusem od 0,50 do 1,20 AZN w zależności od linii (stawki mozna sprawdzić na stronie internetowej organizatora transportu zbiorowego). Karty nie można kupić płacąc kartą – biletomaty działają jedynie na gotówkę. W metrze oraz autobusach bramki teoretycznie przyjmują opcję kart płatniczych, jednak moja kredytówka nie działała. Możecie sprawdzić swoje, ja wypłaciłem 10 manatów i ta kwota wystarczyła na te 3 dni intensywnego zwiedzania. Koszt karty BakiCart to 2 AZN – można ją zwrócić, ale może też być swego rodzaju pamiątką z wizyty w tym mieście.

Następny dzień rozpocząłem od przejazdu do centrum i spacerku po wybrzeżu Morza Kaspijskiego. Z jednej strony był to błąd, bo ciężko było spotkać żywego ducha, a z drugiej miałem szanse na zrobienie zdjęć właśnie w takiej scenerii.

Kolejny punkt programu tego dnia to wycieczka do Yanar Dag. Na miejsce można dotrzeć autobusem linii 147 (dojeżdża ona ze stacji metra Azadlig Prospekti – zielona linia). Jest to płonący bez przerwy na zboczu wzgórza gaz ziemny o płomieniach wzbijających się na wysokość 3 metrów. Wstęp na teren tego niesamowitego miejsca kosztuje 15 manatów. Wokół niego wzniesiono amfiteatr, a na samym wzgórzu znajduje się mało spektakularny, ale jednak punkt widokowy na miasto.

Zanim dotarłem do następnego miejsca, czyli Heydar Aliyev Museum minęło trochę czasu w korkach (Baku to miasto niemal 3-milionowe), ale nadal udało mi się je zobaczyć (co prawda bez wystawy samochodów znajdującej się pod nim, ale widziałem co chciałem zobaczyć). Dla mnie to miejsce prawdę powiedziawszy dużo ciekawsze, a zarazem podobnie futurystyczne jak Muzeum Przyszłości w Dubaju. Architektonicznie jest naprawdę na wypasie. Wystawy o różnych tematykach – od historii Azerbejdżanu i aut, którymi poruszają się najwyżsi przywódcy po sztukę nowoczesną. Bilet wstępu kosztuje tylko 15 manatów. Wcześniej tego nie podałem, 1 AZN (manat)= ok. 2,20 PLN.

Następnie skierowałem się na plac otaczający największą flagę na świecie. To miejsce jest wyjątkowe, stanowi charakterystyczny punkt w mieście. Na górze porządku pilnuje ochrona – niekoniecznie powinno się robić zdjęcia profesjonalnym sprzętem za jaki został uznany mój aparat cyfrowy.

Spod flagi zacząłem spacer brzegiem Morza Kaspijskiego w kierunku centrum. Zbliżał się wieczór, a więc czas na nocne światła w mieście. Flame Towers wyświetlają ludziki z flagą Azerbejdżanu, flagę kraju, imitują płomienie w kolorze ognia, ale też w innych kolorach. Widok z kilku miejsc jest niesamowity – sami z resztą oceńcie. Czy to nie są może jedne z tych szklanych domów Żeromskiego?

Architektura w Baku to nie tylko Flame Towers – to także muzeum dywanów w kształcie zawiniętego dywanu, a także… Centrum Handlowe. Tutaj wszytko wygląda naprawdę zjawiskowo – zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz.

Ostatni dla mnie pełny dzień w Baku zacząłem późno, bo z hotelu wyszedłem dopiero koło południa. Po poprzednim bardzo intensywnym dniu pełnego spacerowania po prostu postanowiłem pochillować – do tego pogoda nie była już taka perfekcyjna, było mgliście, więc po prostu potrzebowałem tego powylegiwania się w łóżku. Przy okazji zarezerwowałem sobie pieszą wycieczkę po starówce wraz z degustacją azerbejdżańskich win. Kolejna wycieczka z Get Your Guide. Tym razem nie uczestniczyłem w niej już sam jak w poprzednim przypadku, ale nadal była nas aż dwójka uczestników. Wystartowaliśmy od drobnych historii miasta – zanim odkryto wokół niego złoża ropy nie było ono jakieś spektakularne. Dopiero przypadkowe (prawdopodobnie) odkrycie tego „złota” współczesności dały impuls do rozwoju.

W parku sąsiadującym ze starówką, stacją metra Icherisheher oraz ratuszem spotkać można… papugi. To taka kolejna ciekawostka z tego niesamowitego miasta. Warto dodać, że liczne obiekty w Baku są powiązane z polskimi architektami. Po dzień dzisiejszy w azerbejdżańskich szkołach młodzież uczy się o naszych architektach oraz historii tego jak odbudowano zniszczoną przez wojnę Warszawę. Podczas tej wycieczki przekazano nam liczne ciekawostki, spróbowaliśmy wraz z pochodzącym z Londynu towarzyszem wycieczki 5 rodzajów wina i zobaczyliśmy niesamowity punkt widokowy na miasto.

Ostatniego wieczoru swój posiłek zjadłem w dosyć ekskluzywnej restauracji SAHiL Bar & Restaurant – zostałem ugoszczony niesamowicie pomimo tego, że trafiłem tam w spodniach dresowych. Nie wiedziałem, że trafię w takie miejsce. Warto było, a sycący posiłek wcale nie był taki drogi. Wieczorem po obiadokolacji zrobiłem jeszcze jedną szaloną rzecz (na którą umówiłem się wcześniej) – poszedłem do barbera. Za usługę zapłaciłem połowę tego, co zapłaciłbym w Warszawie, a dostałem dużo więcej. Po prostu było warto – gorący wosk, golenie, mycie i maseczka.

Chcąc nie chcąc moja wizyta w Azerbejdżanie stopniowo się kończyła – ostatni wieczór, ostatni spacer po centrum, a ja odkryłem dopiero bardziej żywe miejsca. Cóż… 3 dni na blisko 3 milionową metropolię to niestety zbyt mało czasu. Do tego 3h różnicy czasu, które wierzcie mi potrafią dobić po nieprzespanej nocy w samolocie. Jakoś ta liczba 3 towarzyszyła tej podróży tak teraz zauważyłem. Jakby nie było to znak, że do Baku koniecznie muszę wrócić. Nie tylko do Baku, w sumie po prostu do Azerbejdżanu. Wrócę mam nadzieję za rok – odwiedzę Karabach, zobaczę błotne wulkany i masę innych miejsc, których nie udało mi się zawrzeć w czasie tego przedłużonego weekendu.

Rano wstałem, wykwaterowałem się i od razu zamówiłem Bolt’a na lotnisko. Po mieście porusza się masa samochodów (czy to za sprawą ceny benzyny wynoszącej około 3zł/l?) – od sowieckich Lad po najnowocześniejsze cacka prosto z Chin. Oczywiście nie omieszkałem nie zrobić zdjęcia tej klasyce stojącego na starówce.

Lot z Baku do Warszawy jest dla mnie wyjątkowy – był to mój setny przelot w życiu. Pierwszy lot samolotem odbyłem w 2016 roku, dokładnie 10 lat temu – wówczas bałem się latania, naoglądałem się zbyt wielu odcinków Katastrof w Przestworzach. Dziś dla mnie latanie to coś całkiem naturalnego i w ogóle nie widzę problemu z podróżowaniem tym środkiem lokomocji. Choć pozostaję wierny pociągom to samoloty też uwielbiam, a podróżowanie nimi sprawia mi zwyczajną frajdę. Korzystam z życia jak mogę, bo mam tylko jedno – Wam też tak radzę!