Są miejsca, które zaznaczasz na mapie „na kiedyś”, a potem życie samo podsuwa Ci okazję, by w końcu tam pojechać. Tak właśnie było z Nidą i Mierzeją Kurońską — krainą wody, piasku i wiatru, wpisaną na listę UNESCO i położoną zaledwie kilka kilometrów od granicy Litwy z Rosją. Od lat wiedziałem, że to region, w którym się odnajdę. Wystarczyło kilka filmików, parę zdjęć i już czułem, że to moje klimaty. Ale dopiero praca w branży turystycznej sprawiła, że marzenie przestało być tylko pinezką na mapie.

Podczas wydarzenia Lithuanian Day organizowanego przez Travel Advance w kwietniu 2025… wygrałem pobyt w domkach Nidos Namai. Idealny pretekst, by w końcu ruszyć. Zaprosiłem przyjaciół — sami przyznali, że bez mojego impulsu nigdy nie wybraliby tego kierunku. Nagroda miała jeden warunek: pobyt poza sezonem. Marzec pasował wszystkim, więc decyzja zapadła.


Wyruszyliśmy rano spod Warszawy. Kilka godzin jazdy, dwa postoje i dotarliśmy do Kłajpedy — największego litewskiego miasta portowego. Krótki spacer po centrum: Plac Teatralny, niemiecka architektura, nietypowe rzeźby. Jeśli ktoś ma więcej czasu, warto zajrzeć do Muzeum Morza z fokarium.Po szybkim obiedzie w fińskim Hesburgerze, który znajdował się tuż obok terminalu promowego, ruszyliśmy dalej. Było już ciemno, a promy kursowały coraz rzadziej. Za bilet powrotny samochodem zapłaciliśmy ok. 23 EUR. Na tym jednak opłaty się nie kończą — wjazd do Parku Narodowego Mierzei Kurońskiej kosztuje 10 EUR poza sezonem i aż 50 EUR w sezonie. Do Nidy dotarliśmy nocą. Po takiej trasie pozostało tylko jedno: odpocząć. Teoretycznie można by dojechać szybciej, ale przejazd przez rosyjską część mierzei jest dziś po prostu niemożliwy.



Dzień zaczęliśmy od śniadania w naszym domku. I to nie byle jakim — każdy z nas miał własną sypialnię, do dyspozycji była kuchnia, salon z kominkiem, dwie łazienki i… trzy tarasy. W marcu. Na Mierzei. Brzmiało jak żart, a było jak mały raj. Nidos Namai — pozdrowienia dla Was!

Po szybkim ogarnięciu ruszyliśmy w stronę plaży. Pogoda idealna na spacer: chłodne, czyste powietrze, słońce i gdzieniegdzie resztki śniegu, które kontrastowały z piaskiem. Szliśmy brzegiem morza aż do jednego z ostatnich wejść przed granicą z Rosją, a potem odbiliśmy w głąb mierzei.



Po drodze minęliśmy metalową instalację samolotu z litewskimi flagami oraz pomnik upamiętniający Szkołę Szybowców. To takie miejsca, które nie są główną atrakcją, ale dodają charakteru całej okolicy.



Po wyjściu z lasu dotarliśmy do Parnidžio kopa — jednej z ikon Nidy. To stąd widać granicę z Rosją, Bałtyk, lasy, wydmy i Rezerwat Biosfery ujścia Niemna. Zalew wyglądał obłędnie, zwłaszcza że jego część była jeszcze skute lodem. Połączenie śniegu i piasku to widok, który zostaje w głowie na długo.


Po zejściu z wydmy ruszyliśmy na obiad. Trafiliśmy do Kavinė „Agila”, gdzie — po wielu wizytach na Litwie! — w końcu spróbowałem chłodnika Šaltibarščiai. Lepszej scenerii na pierwszy raz nie mogłem sobie wymarzyć.

Słońce wciąż wysoko, więc ruszyliśmy dalej. Najpierw Menininkų kopa — widoki poprawne, ale nic spektakularnego. Za to kilka kilometrów dalej czekała prawdziwa perełka: Negyvosios kopos, czyli Martwe Wydmy. Nazwa nie jest przypadkowa. Piasek przez lata zasypywał wsie i cmentarze — w sumie cztery miejscowości i dwa cmentarze zniknęły pod przesuwającymi się wydmami w latach 1675–1854. W sezonie wejście jest płatne, ale widok o zachodzie słońca wart jest wszystkiego. Niebo bez jednej chmury. Złota godzina jak z katalogu. Cisza, która aż dzwoni w uszach.



Po kolejnym noclegu i śniadaniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się jeszcze w Kownie, gdzie zjedliśmy obiad w Bernelių Užeiga — moim zdaniem najbardziej klimatycznym miejscu na tradycyjną kuchnię litewską.


Ostatnie zakupy, ostatni spacer i autostradą ruszyliśmy w stronę Polski. Weekend minął błyskawicznie, ale zostawił masę wspomnień. Dziękuję Nidos Namai za gościnę oraz Kristine Vaičiūnė z Centrum Turystycznego Nidy za pomoc i wskazówki przy organizacji wyjazdu.







