Nieodkryte Szlaki tym razem zaprowadziły mnie na południe Włoch. Tanie loty WizzAira z Warszawy-Modlina skutecznie skusiły mnie i moją rodzinę, by odwiedzić region Apulii, a dokładniej — Brindisi. Choć samo miasteczko było dla nas jedynie bazą wypadową, to wszystko, co znajduje się wokół, udało nam się zobaczyć.

Po przeżyciach z Harrym sprzed miesiąca nie spodziewałem się, że pojawi się jego młodszy brat. Na ponad 90 odbytych lotów pierwszy raz zdarzyło mi się krążyć samolotem nad lotniskiem docelowym z powodu pogody. Nie życzę nikomu takiego doświadczenia — po raz pierwszy zastanawiałem się, czy wyląduję tam, gdzie planowano, czy los wyśle mnie w zupełnie inne miejsce. Już podczas krążenia czuć było, że warunki są kiepskie, ale takich wrażeń w powietrzu jeszcze nie miałem. Po raz pierwszy obserwowałem też burzę z pokładu samolotu.

Ostatecznie, z nieco ponad półgodzinnym opóźnieniem, wylądowaliśmy w Brindisi. Przez chwilę byłem przekonany, że skończymy w Rzymie, Neapolu albo Bari. Pierwsza przygoda zaczęła się tuż po wyjściu z lotniska — przy lokalnym transporcie zbiorowym. My, Polacy, za granicą lubimy korzystać z komunikacji publicznej, bo jest tania i wygodna. Tym razem wyszło jeszcze lepiej, bo… jechaliśmy za darmo. Nie wiem, czy to decyzja kierowcy, który widząc tłum i mając do dyspozycji mały autobusik, uznał, że tak będzie szybciej, ale jedno trzeba mu oddać — pomieścił wszystkich. Warto przy tej okazji wspomnieć, że bardziej opłaca się kupować bilety w kioskach niżeli u kierowcy, gdzie opłata ta jest prawie dwukrotnością ceny biletu. Było nas sporo, z walizkami włącznie. Prawie wszyscy wysiedli na głównym przystanku przy stacji kolejowej, skąd ruszyliśmy pieszo do naszego noclegu.




Następnego dnia odwiedziliśmy Lecce — większe miasto położone na południe od Brindisi. Dojazd pociągiem trwa około godziny, a składy są nowoczesne i komfortowe. Warto pamiętać o skasowaniu biletu przed wejściem do pociągu, żeby uniknąć stresu i dodatkowych opłat.

Lecce to barokowa perełka. Poza sezonem i przy ograniczonej ilości słońca może nie wygląda tak spektakularnie jak latem, ale architektura i tak robi wrażenie. Kilka godzin spacerowania minęło nam szybko — to jedno z kilku miasteczek, które odwiedziliśmy podczas tej zaledwie trzydniowej wycieczki (przylot w niedzielę w nocy, wylot we wtorek po 23).


Kolejnego dnia ruszyliśmy do Alberobello — miejsca słynącego z białej, charakterystycznej zabudowy trulli. Udało nam się złapać trochę słońca, dzięki czemu te domki wyglądały jeszcze bardziej wyjątkowo. Choć ruch turystyczny zimą jest niewielki, to Polaków w okresie ferii zimowych spotkacie wszędzie — od autobusów po najbardziej lokalne zakamarki.



Wyjazd z Alberobello okazał się jednak wyzwaniem. Remonty na kolei i sprzeczne informacje sprawiły, że przez ponad godzinę nie wiedzieliśmy, skąd i czym wyjedziemy. Pociąg do Bari odjechał, dwa autobusy zastępcze pojechały bez możliwości zakupu biletu, a my ostatecznie wróciliśmy tak, jak przyjechaliśmy — autobusem z Monopoli.



Monopoli było zresztą kolejnym przystankiem tego dnia (wcześniej jedliśmy tam śniadanie między pociągiem z Brindisi a autobusem do Alberobello). Miasteczko ma urokliwy plac centralny, który podczas naszej wizyty był udekorowany walentynkowo. Port i nabrzeże Adriatyku to świetne miejsce na spacer, a właśnie tam spotkałem przyjaciół. Wiedzieliśmy, że będziemy w regionie w tym samym czasie (oni lecieli do Bari), ale jakoś tak wyszło, że łatwiej było nam się spotkać we Włoszech niż w Warszawie. Po krótkim spacerze oni ruszyli na lotnisko, a my pojechaliśmy do Polignano a Mare zobaczyć słynną zatoczkę.


To miasteczko okazało się najbardziej urokliwe ze wszystkich odwiedzonych (poza Brindisi). Uwielbiam małe miejscowości, a ta ma w sobie coś wyjątkowego. Zatoka, mimo zmroku, była pięknie oświetlona i prezentowała się zjawiskowo z każdej strony. Na kolację wybrałem ciekawą propozycję — klopsy wołowe w polewie pistacjowej — a potem wróciliśmy na nocleg.

Ostatni dzień miał być poświęcony Brindisi, ale pogoda zmodyfikowała plany. Rano po wykwaterowaniu odwiedziliśmy lokalny ryneczek, gdzie kupiliśmy wino z kija oraz owoce. Pochodziliśmy chwilę po miasteczku, by później ruszyć dalej.



Kolejnym przystankiem podczas naszego włoskiego maratonu było Ostuni – miasteczko, które z daleka wygląda bajecznie. Niestety, na miejscu wiatr prawie urywał głowy, a ulice były kompletnie puste. Choć w sezonie to podobno lokalna perełka, poza nim zdecydowanie odradzam wizytę. Spacer nie sprawił mi żadnej przyjemności, a jedynie żal, że dałem się namówić kosztem dalszej eksploracji Brindisi. Może to tradycyjnie powód dla którego mogę wrócić w okolice?


Po zmroku wróciliśmy do Brindisi, by po raz ostatni poczuć włoski klimat. Nie mogę powiedzieć, że nie widziałem miasta — trochę pospacerowaliśmy — ale czuję, że nie zobaczyłem wszystkiego, co chciałem. Na koniec, tuż przed wyjazdem na lotnisko odwiedziliśmy miejsce co najmniej wyjątkowe – Pizzerię Bolognese w pobliżu stacji kolejowej. Pracuje tu trzech starszych Włochów i przygotowuje dania kuchni włoskiej – m. in. pizzę oraz foccacię. Może nie była to pizza neapolitańska, ale jaka dobra! To miejsce polecam Wam serdecznie.
W ciągu tych kilku dni odwiedziliśmy wiele miejsc, a po maratonie sesji egzaminacyjnej wróciłem z wyjazdu naprawdę zmęczony. Mimo to było warto — choć nie każde miasteczko okazało się strzałem w dziesiątkę…







