Kilka tygodni temu miałem przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z młodzieżą Szkoły Podstawowej im. Batalionu „Zośka” w Celestynowie. Jedno z pytań, jakie się pojawiły brzmiało: Jakie są Twoje ulubione destynacje na świecie? Może delikatnie przekręciłem pytanie, ale na to (czy też podobne) pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bowiem „to zależy”. Wśród bliskich, europejskich kierunków są trzy, gdzie zawsze czuję się dobrze i z przyjemnością powracam: Litwa (w szczególności Wilno), Dania (całym serduszkiem w Aarhus, choć Kopenhaga też ma w sobie to coś) i Serbia. Ten ostatni kraj odwiedziłem w jeden z październikowych weekendów, ten poprzedzający wspomniane spotkanie. Ciekawie było zacząć owe spotkanie od tego, że w sumie to wczoraj byłem w samolocie z Belgradu do Krakowa, a dzisiaj stoję tutaj przed Wami…

Wróćmy jednak do mojej weekendowej (z przygodami) wyprawy do Belgradu. Podróżowałem z kolegą, który podobnie jak ja przeciera szlaki, jednak w Serbii pojawił się po raz pierwszy. On podróżował rano z Krakowa i tego dnia postanowił odwiedzić Nowy Sad. Ja ze względu na swoją pracę leciałem wieczorem z Warszawy z przesiadką w Wiedniu liniami Austrian Airlines. Tutaj nie obyło się bez przygód. Kiedy tylko pojawiłem się na Lotnisku Chopina w Warszawie już wiadomo było, że samolot będzie opóźniony. Pierwotnie miało być to około 40 minut, finalnie wyszło ponad godzinę. Chyba pomijając feralny lot Enter Air z Antalyi do Warszawy dwa lata temu oraz lot Ryana z Modlina do Lwowa było to moje trzecie największe opóźnienie na ponad 80 lotów. Samolot wystartował z opóźnieniem nieco ponad godzinnym, więc ja już z tyłu głowy miałem różne myśli powiązane z tym co dalej: Czy zdążę się przesiąść? Czy będę musiał przebookować loty? Czy lot do Belgradu będzie czekał?
Na te pytania odpowiedź spłynęła w końcowej fazie lotu z Warszawy do Belgradu, gdzie poinformowano nas, przesiadkowych komu uda się przesiąść, a kto zmuszony będzie do reorganizacji swojego planu podróży. Belgrad został wymieniony jako czekający, ale trzeba się spieszyć. Wszystko super fajnie, ale kiedy nasz samolot stanął na stanowisku postojowym oddalonym od terminala bez rękawu, moja nadzieja zaczęła znikać. Transfer autobusikiem do terminala trwał jak wieczność, a zostaliśmy przewiezieni tak naprawdę na drugi koniec lotniska. Stamtąd szybki sprint w poszukiwaniu właściwego gate’u, ale przecież jeszcze kontrola paszportowa, w końcu Serbia nie należy do Unii Europejskiej. Przeszedłem kontrolę, biegłem tracąc dech i udało się. Będąc w autobusie (hah – rękawu też nie było) patrzyłem jak inni spokojnie pojawiają się w bramce. Nie ukrywam – żałowałem swojego pośpiechu, który jak widać wcale nie był konieczny.
Przygód ciąg dalszy – lot do Belgradu czeka na 3 osoby, których lot również był opóźniony. Pierwotnie zakładano, że nie będziemy czekać, ale jednak centrum przesiadkowe postanowiło inaczej. Pasażerowie wsiedli, pojawił się kolejny problem. Kapitan na pewno z uśmiechem nas informował (nie był to jego pierwszy komunikat), że czekamy aż odstawią nam schody dla pasażerów, ponieważ nie ma nikogo z obsługi naziemnej. Pomijając fakt, że obok stał samolot, którym przyleciałem z Warszawy nic mnie już nie dziwiło. Być może dlatego jak tylko wylądowałem i odkryłem, że mój bagaż zaginął po drodze poczułem się taki obojętny. Zgłosiłem zgubę w stanowisku Lost&Found i ruszyłem do hostelu.

Komunikacja publiczna w Belgradzie jest darmowa. Tak, to nie żart – tramwajem, trolejbusem i autobusem jeździcie po mieście bez biletu. Stolica Serbii jest jedną z największych w Europie, która wprowadziła coś takiego i to dla wszystkich. Na autobus swoje odczekałem, zawiodły mnie mapy Here gdzie rozkład po prostu był nieaktualny. Zapytacie się czemu nie używam (a przynajmniej próbuję nie używać, bo ciężko znaleźć świeższe informacje niż tam) Map Google – mam dość tego monopolu i dlatego kiedy mam możliwość to korzystam z usług konkurencji. W Europie dobrze działają Mapy Here, na komputerze używam również Bing Maps. Kiedy lecę w kierunku krajów dawnego ZSRR korzystam też z map Yandexa, bo po prostu tam lepiej działają, a przy okazji mamy tam od razu odpowiednik Ubera, tj. Yandex Go. Korzystałem z tego podczas pobytu w Armenii i w Serbii gdyby nie to, że do odjazdu autobusu nie zostało wiele czasu to pewnie też bym zamówił przejazd. Na nocleg dotarłem zmęczony po całym dniu wrażeń gdzieś koło godziny 3. Tego samego dnia wstałem o 6.30 i normalnie pracowałem w biurze.

Dzień pierwszy w Belgradzie – postanowiłem pokazać najważniejsze obiekty, które miałem już przyjemność wcześniej podziwiać (w sumie niektóre po raz trzeci nawet) i w sumie wiedziałem mniej więcej jak tą trasę zrobić. Zaczęliśmy od Hotelu Moskwa, który znajdował się jakieś 400 metrów od naszego noclegu. Stamtąd przeszliśmy na Plac Republiki i dalej deptakiem do Kalamagdanu. Po drodze wstąpiliśmy do sklepów, gdzie człowiek z bagażem rejestrowanym (Tak, to ja!) szukał sobie ciuchów. Zgadnijcie, co kupiłem? Aż skarpetki. Fakt, była to moja taka pierwsza sytuacja, więc nie do końca wiedziałem jak to działa, a przede wszystkim czy to w ogóle działa. Teraz już wiem, bo otrzymałem zwrot za swoje zakupy pierwszej potrzeby praktycznie parę dni po wyjeździe. Nie o tym jednak jest ten wpis, wracamy na Kalamagdan.

Tutaj mieliśmy czas na podziwianie pięknych okoliczności przyrody. Jesień dotarła już do Serbii, więc żółte liście oświetlone niczym jak złoto słońcem nad Sawą i Dunajem wyglądały niesamowicie. Nie będę kłamał, jest to jedno z takich „moich miejsc”. Z Kalamagdanu ruszyliśmy odwiedzić najważniejsze świątynie Belgradu: Św. Sawy i Św. Marka, po drodze także mijaliśmy parlament, a dalej na podbój dzielnicy Zemun określanej jako miasto w mieście. Świątynie są niesamowite zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz.



Co do Zemunu – faktycznie wygląda to jak zupełnie inne miasto, bo wygląda to jak kompletnie oddzielne miasteczko, z którego widać wieżowce centrum Belgradu. Do dzielnicy dostaliśmy się pociągiem spod Parku Karađorđeva, obok którego znajduje się Cerkiew Sawy, który również po drodze odwiedziliśmy. Czy zapłaciliśmy za przejazd? Nie, bo Pani kierownik pociągu na nasz widok machnęła ręką – tak można by rzec po Bałkańsku. Wąskie uliczki, złote słońce tuż przed zachodem i takie widoczki, warto tu być, szczególnie w tej porze dnia.



Następny przystanek to mój ulubiony Belgrade Waterfront. To jest miejsce, które jak dla mnie jest dużo ładniejsze niż Bulwary Warszawskie. Ma swój niesamowity klimat i właściwie kogo tam nie zabiorę to mu się podoba i też czuje to co ja, wyjątkowość tego miejsca. Spacerując pomiędzy nowoczesnymi apartamentowcami wybudowanymi na dawnych terenach kolejowych tuż nad brzegiem Sawy można się poczuć naprawdę wyjątkowo. To jest takie piękne dla tego miasta – woda, nadrzecze, nowoczesne, modernistyczne budowle… Ja tu po prostu czuję się jak u siebie.

Wieczorem nie mogłem odpuścić i od razu zaplanowałem obiad w restauracji Dva Jelena. Byłem tam w czerwcu i wiedziałem, że muszę wrócić. Choć nie było tam już tak gorąco jak w lipcu to właściciele restauracji dbają o to, by cieplutko było także na ogródku. W miejscu wiatraków i zraszaczy, które chłodziły gości latem pojawiły się lampy grzewcze. Naprawdę było przyjemnie, szczególnie, że w pewnym momencie zaczęło padać. Nie mogło być inaczej, zamówiłem Karađorđeva Schnitzel czyli serbskie danie narodowe. Swoim wyglądem oraz smakiem może przypominać naszego Devolaile (czyli właściwie kotleta po kijowsku), jednak w miejscu masła z koperkiem/pietruszką mamy ser kajmak. To było przepyszne, a to miejsce jak będę w Belgradzie odwiedzę na pewno po raz kolejny, tym razem może uda mi się „wpaść” na deser, który planowałem przy okazji każdej wizyty, jednak dania są na tyle syte, że ta pozycja po prostu nie jest potrzebna.
Wieczorem ruszyliśmy pochillować – odwiedziliśmy bar na koktajle, a potem ruszyliśmy na Kalamagdan, w pobliżu którego z panoramą na miasto wypiliśmy moje ulubione, serbskie wino.
Kolejny dzień, kolejne przygody i powrót. Nasz wyjazd choć tylko weekendowy to postanowiłem pokazać jak najwięcej się da. Ranek wykorzystaliśmy na chill w łóżkach póki mogliśmy w nich być. Potem w recepcji poprosiłem o możliwość pozostawienia swojej walizki na parę godzin – mieliśmy wylot dopiero wieczorem, więc nie chciałem spacerować z nią. Dogadanie się z panią z recepcji nie należało do najłatwiejszych, jednak mój kulejący język rosyjski (kiedyś chciałem się nauczyć – powstrzymała mnie cyrylica) w połączeniu z polskim i przeplatanym angielskim pozwoliły się dogadać. A! Bo nie wspomniałem, walizka została dostarczona do noclegu w sobotę po południu (przyleciałem ok. 1, walizka dotarła ok. 17). W ogóle po co mi była walizka na taki krótki wyjazd? Tutaj moje przyzwyczajenie – zawsze biorę ze sobą bagaż rejestrowany.
Uważam, że strefa DUTY FREE to największe kłamstwo współczesnego świata i naprawdę rzadko tam opłaca się cokolwiek kupować (przynajmniej w Europie). Mój target to przywiezienie ulubionego serbskiego winka – Kupinovo. Przez kolegę zostało to ocenione jako soczek, ale prawda jest taka, że jest to jedyne wino jakie serio lubię. Wytrawne, półwytrawne, półsłodkie i to niezależnie czy z Francji czy z Gruzji, a nawet Mołdawii mi nie smakuje, a to serbskie – moje ulubione. Nie zróbcie tutaj ze mnie alkoholika, bo chociaż w moim barku pełno alkoholi ze świata to właściwie rzadko coś z niego wyciągam. Może powinienem jednak częściej, bo co podróż to coś nowego tam wskakuje. Whatever – to jest powód dla którego nawet na weekendowego trip’a biorę bagaż rejestrowany.
Tego dnia postanowiliśmy się podzielić i ja ruszyłem eksplorować okolice Belgrade Waterfront, kiedy kolega odwiedzał Muzeum Jugosławii z Mauzoleum Tito. Ten punkt nie był na mojej liście, ponieważ byłem tam rok wcześniej i nie wyczuwałem potrzeby kolejnych odwiedzin.


W pobliżu ogromnego centrum handlowego znajdującego się w pobliżu pętli autobusowej i charakterystycznej dla Belgradu budowli modernistycznej w kształcie… Nawet nie wiem czego, ale jest to symbol miasta; znajduje się budynek dawnej lokomotywowni, który został przekształcony w przestrzeń artystyczną. Belgrad niesamowicie szybko się rozwija i modernizuje infrastrukturę – podczas moich trzech wizyt w mieście zawsze coś się zmieniało. Tutaj po paru miesiącach (listopad – od czerwca) dawna lokomotywownia została oddana do użytku. Belgrad to miasto przygotowujące się na Expo w 2027 roku – dla mnie to powód, dla którego pewnie znowu odwiedzę to miasto.

Po południu nie pozostało nam nic innego jak ruszyć na lotnisko. Ponieważ pierwszy raz podróżowałem z kolegą to postanowiłem, że wrócę lotem Air Serbia z Belgradu do Krakowa i stamtąd pociągiem dojadę do Warszawy. Lotnisko im. Nikoli Tesli jest wciąż w przebudowie, jednak na wielu ścianach są podróżnicze cytaty znanych osobistości (i nie tylko), a to naprawdę sprawia, że na lotnisku czuję się super.

Do Krakowa lecieliśmy typem samolotu, który na Lotnisku Chopina w Warszawie jest niesamowicie rzadki – ATR-72. Turbośmigłowy samolot trasę nieco ponad 500 km do Balic pokonał w około 2 godziny. Fakt, to jest samolot, gdzie czuje się podmuchy wiatru zawsze, ale jakoś tak fajnie nim się lata. Gdy dotarliśmy do Krakowa, odebrałem bagaż i ruszyłem w dalszą podróż do Warszawy. Portal Pasażera zasugerował, że jeden z pociągów jest opóźniony ok. 20 minut, a więc przebookowałem na niego bilety. Gdy jednak przejrzałem szczegóły, okazało się, że pociąg już jest w Krakowie, a to oznaczało, że prognozowanego opóźnienia może wcale nie być. Czy to była kolejna okazja do sprawdzenia wydolności moich płuc? Oczywiście. Jakieś 4 minuty na przesiadkę pomiędzy skrajnymi peronami, aby tylko wrócić wcześniej. Udało się. Dotarłem do pociągu, jednak ten ruszył z opóźnieniem, więc znowu niepotrzebnie biegłem. Pominę moją wpadkę, bo najpierw zamiast do przejścia podziemnego, trafiłem na przystanek tramwajowy. Jak to mówią – na przypale, albo wcale!






