Togo, kraj o którego istnieniu nie pamiętałem do momentu znalezienia przez mojego kumpla biletów lotniczych do Lome, stolicy tego kraju. Wyjazd „gdzieś” planowaliśmy już na studiach parę lat temu. Samą decyzję o wyjeździe podjęliśmy niemal od razu, spontanicznie i co najważniejsze – nie żałujemy! Togo to przepiękny, nieodkryty kraj, gdzie turystyka praktycznie nie istnieje. Do Lome dotarliśmy liniami Brussels Airlines z Warszawy z przesiadką w Brukseli i międzylądowaniem w Abijanie (Wybrzeże Kości Słoniowej). Do naszego wynajętego apartamentu dotarliśmy późnym wieczorem, więc tego dnia w sumie postanowiliśmy pochillować i odpocząć po długiej podróży.

Pierwszy dzień nad Zatoką Gwinejską postanowiliśmy zbadać okolicę. Przeszliśmy plażą do centrum miasta, gdzie szliśmy dosłownie tam gdzie nas oczy prowadziły oraz gdzie mieliśmy pozaznaczane miejsca w mapach. Nasza wędrówka brzegiem Oceanu Atlantyckiego to przede wszystkim okazja do rozeznania plażowego, a plaże w Lome są niesamowicie szerokie, w niektórych miejscach szerokość plaży mogła przekraczać moim zdaniem 100 metrów. Plaża stanowi dla lokalsów również miejsce rozrywek – gra w piłkę nożną, jeździectwo i inne aktywności.

Z plaży po krótkim stopie na odpoczynek od palącego wręcz słońca pod wiatą przeszliśmy do supermarketu na drobne zakupy – przede wszystkim w krajach okołorównikowych obowiązkowo trzeba dbać o nawodnienie!

Supermarket współcześnie to w sumie w każdym obcym kraju swego rodzaju punkt podróży, w którym robi się rozeznanie co tam ciekawego mają swojego lokalsi. Wśród produktów, które wyróżniły się to m. in. czekolada z imbirem, sok z baobabu oraz togijska kawa. Togijczycy mają też swoje alkohole – wyróżniły się wśród nich pozycje z imbirem, ale też z kokosem.
Spod supermarketu ruszyliśmy na Plac Niepodległości. Nie obyło się bez ciekawych zdarzeń. Weszliśmy na ogrodzony teren i zostaliśmy poproszeni o przejście do pobliskiego urzędu celem wydania pozwolenia na fotografowanie i wejście. W urzędzie stwierdzili, że nam takiego pozwolenia tego dnia nie wystawią i że możemy spróbować dogadać się z szefem (była to sugestia do swego rodzaju łapówki). Ta opcja nie została przyjęta, a my pozostaliśmy na ten moment ze zdjęciami obiektu z zewnątrz. Pierwsza próba nie oznacza ostatniej.

Dalsze eksplorowanie Togo to Pałac w Lome. Tutaj budynek skrywał oprócz pięknego ogrodu i wyjątkowego (patrząc po okolicy) budynku wystawy powiązane z kulturą tego państwa. Jedna z Sali to wyróżnione miejsca jakie można odwiedzić i pomogło nam to w planowaniu kolejnych dni. Wejście do obiektu, które w przeliczeniu kosztowało 7000 FCA (około 8 EUR/osoba) było warte. Piękne widoczki i jeszcze piękniejsze okoliczności afrykańskiej flory.




Z tego miejsca postanowiliśmy poczuć się jak lokalsi i udać się na jedzenie tuk tukiem. Za aż 4 złote przejechaliśmy ponad 3 kilometry – jazda tego typu pojazdem dla człowieka żyjącego w Europie jest niesamowitym doświadczeniem.
Po obiadku postanowiliśmy ruszyć plażą do naszego miejsca zakwaterowania. Po drodze mieliśmy przyjemność obserwować jak kobiety noszą przeróżne rzeczy na głowie (w sumie to ten widok towarzyszył nam w tle od samego rana), dzieci i młodzież grają w piłkę, a wokół boisk biegają konie. Wszystko to działo się na pograniczu plaży z główną arterią w Lome.
Wieczór spędziliśmy w apartamencie odpoczywając po wędrówkach w afrykańskim upale.
Kolejny dzień zaczęliśmy od dosyć intrygującego miejsca – z jednej strony odwiedzenie jego może wydawać się nieetyczne, jednak z drugiej strony jest to najlepszy sposób na zobaczenie czegoś odmiennego, a zarazem jest to podjęcie próby zrozumienia myślenia lokalsów. Miejsce, o którym tutaj się rozpisuję to targ fetyszy. Prawdopodobnie jedyne takie miejsce na świecie, gdzie rządzą wyznawcy voo doo. Szczątki psów, małp, lwa czy innych, najróżniejszych zwierząt – tego należy się tutaj spodziewać. Oprócz tego tradycyjne drewniane maski, a na koniec wizyta u szamana. Wstęp na targ kosztuje 5.000 FCA, można robić zdjęcia, a po terenie oprowadzał nas anglojęzyczny (opcja francuskojęzyczna jest dostępna) przewodnik. Targ powstał w 1863 roku i przetrwał do dnia dzisiejszego.





Po tej dosyć obfitej w przemyślenia i przeżycia wizycie ruszyliśmy w kierunku Placu Niepodległości Togo. Druga próba wejścia na teren obiektu. Za drobną opłatą 2$ udało nam się wejść na parę minut na teren ciężko dostępny. Byliśmy odsyłani w końcu poprzednim razem do pobliskiego urzędu po zgodę na wejście i fotografowanie. Jako, że sobota to jakoś się udało – wielki brat nie patrzył z sąsiednich budynków. Zdjęcia z tego miejsca wyglądają następująco:


Z Placu Niepodległości ruszyliśmy w kierunku Katedry w Lome. Jej położenie w sąsiedztwie ogromnego bazaru sprawiło, że dostanie się do niej było co najmniej trudne. Zagęszczenie ludzi było ogromne, a kobiety noszące na głowie przeróżne rzeczy mijające nas na centymetry od głów – po prostu trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Sama w sobie katedra wygląda wyjątkowo z zewnątrz, w środku nie jest bogata, ale przyzwoita.
Kolejny experience naszej podróży po Lome to oczywiście nic innego jak nie przebijanie się przez tłumy po bazarze. Czy to było planowane – no nie do końca, ale jakoś tak wyszło. W tle zaczęło grzmieć i wszystko zapowiadało nadchodzącą ulewę, więc udaliśmy się do miejsca zakwaterowania. Burzy nie było, ale dotarliśmy do klimatyzacji, więc nastąpiła przerwa w eksplorowaniu miasta.

Następną wędrówkę rozpoczęliśmy już po zapadnięciu zmroku. Wyruszyliśmy w odwiedzone za dnia miejsca, by zobaczyć jak wyglądają nocą. Do Placu Niepodległości dotarliśmy motorami – taksówkami zamówionymi w aplikacji Gozem. Dla mnie to była przygoda, bowiem pierwszy raz miałem przyjemność podróżować tym środkiem transportu. I to jeszcze w środku Afryki.



Nocą Togo nie sprawiało wrażenia niebezpiecznego. Choć lokalsi patrzą na Ciebie dziwnym wzrokiem z uwagi na kolor skóry, to na tym się kończy. Nie ma nagabywaczy (poza bazarem), nikt nie zaciąga Cię do swojego marketu jak to miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć w Egipcie czy na Wyspach Zielonego Przylądka. Jest naprawdę bezpiecznie. Żeby nie było, nie przemieszczaliśmy się tylko motorami, ale też spacerowaliśmy i to na dosyć długim odcinku blisko dwukilometrowym. Tak minął nasz kolejny dzień nad Zatoką Gwinejską. Co przyniesie kolejny?
Kolejny dzień wstaliśmy jeszcze gdy na zewnątrz było ciemno. Wyszliśmy na wschód słońca – nie był on efektowny, bo praktycznie niewidoczny. Wróciliśmy szybko na drzemkę, by po niej ruszyć do Kościoła. Kościół w Afryce kojarzył nam się z hucznymi śpiewami i trochę weselszą celebracją niż ma ona miejsce w Polsce. Trafiliśmy na jubileuszową uroczystość togijskiego chóru. Choć nie uczestniczyliśmy w tym to mieliśmy przyjemność śledzić śpiewającą paradę dążącą do świątyni.

W Togo niedziela to święto – większość miejsc jest zamknięta, spokojna. Ludzie biegają po ulicach, spędzają czas na plaży – po prostu świętują. Nasz następny punkt podróży to spacer do granicy z Ghaną. Nic wyjątkowego, zdjęć robić nie można i jest to pilnowane przez strażników. W samej okolicy jest dużo straganów, co chwilę podchodzą osoby z kartami SIM. Czy warto było tu zajrzeć – dla samego doświadczenia, jak najbardziej!
Niedzielę postanowiliśmy spędzić jak lokalsi, na chillu – podzieliliśmy się w połowie dnia, ja ruszyłem na przegląd lokalnych produktów w sklepie. Niespodzianka, sklep otwierał się dopiero o godzinie 15.00, więc musiałem pokręcić się po plaży nim do niego „zjechałem”. Nie ma zbyt wielu produktów pochodzących bezpośrednio z Togo. Wśród rzeczy, które udało mi się odnaleźć to: piwo, lokalne alkohole z kokosem, imbirem itp., czekolada, kakao, suszone owoce i orzechy różnych rodzajów charakterystycznie zamknięte w butelce. Tak minął kolejny dzień na czarnym lądzie.
Nastał poniedziałek. Dla nas to dzień wyjazdu, a przynajmniej teoretycznie. Wylot w kierunku Europy mieliśmy dopiero o 21, więc tak naprawdę cały dzień dla nas. Wykorzystaliśmy go na ostatnie chwile eksplorowania Lome – zajrzeliśmy pod hotel Sarakawa, który wygląda wyjątkowo pod względem architektonicznym. Stamtąd zajrzeliśmy na pobliską plażę, z której rozpościerał się widok na panoramę stolicy, ale także na port pełen kontenerów.

Spod Sarakawy ruszyliśmy tuk-tukiem na ogromny rynek (bazar) w Lome. W niedzielę było tu względnie spokojnie, tym razem już po drodze byliśmy świadkami drobnych stłuczek i przytarć pojazdów z uwagi na ogromny ruch uliczny.

Sam w sobie bazar był ożywiony względem tego, co widzieliśmy poprzedniego dnia. Przy alejce w pobliżu kościoła (chyba jedyna, gdzie znaleźliśmy pamiątki typu magnesy i pocztówki) każdy ze sprzedawców zapraszał do obejrzenia swojego stoiska. Podobno można się tu targować, ale ceny w niektórych przypadkach na starcie były wyższe niż w dużo bardziej turystycznej lokalizacji – Village artisanal de Lomé. Coś kupiliśmy i ruszyliśmy do tego drugiego miejsca uzupełnić nasze kolekcje.

Ostatni punkt naszej podróży przed niechcianym powrotem do listopadowej, smutnej Polski to supermarket Champion. Tutaj można kupić lokale produkty, np. sok z baobaba, hibiskusa czy ananasa. Dostępne są też inne, wspomniane wcześniej produkty. Walizka zapełniona, szlaki przetarte, Lome odwiedzone i… To by było na tyle z tej togijskiej przygody – kolejne niewątpliwie niebawem!
Przed podróżą do Togo koniecznie zaopatrz się w:
- gotówkę w EUR/USD, którą później (np. w hotelu) wymienisz na lokalną walutę; można też wypłacić gotówkę z bankomatu, jednak od wydawcy karty zależy czy będzie to opłacalne.
- aplikację Gozem Togo, dzięki której będziecie mogli zamawiać przejazdy motorami, tuk tukami i samochodami. Oprócz tego możliwe dostawy jedzenia, a nawet zakupy. Jeśli tak jak ja jesteście cashless, ta apka będzie wręcz niezbędna.
- kremy z filtrem, spray na komary
- wizę (procedura online, szczegóły na stronie MSZ)






