🇨🇻 Spacerkiem przez Santa Maria na wyspie Sal

Kacper Malarz

Cześć! Jestem Kacper i pochodzę z podwarszawskiego Celestynowa. Ukończyłem studia licencjackie na kierunku Turystyka i Rekreacja w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, pracuję w tej branży, a od kilku lat spełniam się w roli podróżnika. Praca na pełny etat nie przeszkadza mi, aby znaleźć czas na podróże – zarówno te małe jak i duże. Zapraszam Was do odkrywania ze mną świata.

Poczytaj i daj się porwać w niesamowitą podróż!

Media społecznościowe


Nie tak dawno odwiedziłem Togo w Afryce kontynentalnej, a tydzień później los zaprowadził mnie na wyspę Sal w Republice Zielonego Przylądka. Choć ma zaledwie 30 km długości i 12 km szerokości, kryje w sobie wiele atrakcji – wystarczy wyjść z hotelu i zagubić się w uliczkach Santa Maria.

Najprościej skorzystać z oferty biura podróży ITAKA, które zapewnia przelot, transfery i zakwaterowanie. Można też wybrać program objazdowy, aby zobaczyć inne wyspy archipelagu – w końcu Republika Zielonego Przylądka to aż 26 wysp rozsianych po Atlantyku. Lot bezpośredni z Polski trwa około 7 godzin. Stolicą administracyjną Sal jest Espargos, gdzie znajduje się lotnisko, ale turystycznym sercem wyspy pozostaje Santa Maria na jej południowym krańcu.

Santa Maria przez lata słynęła z charakterystycznego molo, na którym odbywał się handel darami morza. Dziś molo zabrał ocean, a sprzedaż ryb i owoców morza przeniosła się na deptak i lokalny rynek. Największe skupisko turystów znajdziemy właśnie na deptaku biegnącym równolegle do oceanu. To tutaj można kupić pamiątki, napić się grogu, spróbować chaczupy czy odwiedzić galerie rękodzieła. Warto jednak zejść z głównego szlaku – w bocznych uliczkach kryją się kolorowe murale i prawdziwe życie miasteczka.

Zanim ruszymy w te bardziej Nieodkryte Szlaki to warto zajrzeć do białego, kolonialnego kościoła Nossa Senhora das Dores stanowiącego jeden z symboli miasta. Drugi symbol miasta to oczywiście szeroka, złota, ciągnąca się kilometrami plaża rozpoczynająca się przy molo. Na zachód możemy przejść się nie po piachu, a po deptaku aż po Hotel Hilton. Do hotelu Royal Horizon oraz RIU niestety kawałek trzeba przeprawić się przez piach, ale to najpiękniejsza autostrada dla pieszych jakiej można doświadczyć na Cabo Verde. Wróćmy jednak do naszej turystycznej stolicy wyspy.

Santa Maria to miasto pełne barwnych murali, nie tylko przy głównej „autostradzie” dla pieszych. Część z nich można znaleźć na mapach, ale najciekawsze odkrywa się samodzielnie, spacerując po mniej uczęszczanych uliczkach. W jednej z nich natrafiłem na „afrykańską siłownię” – zestaw prostych sprzętów z opon, betonu i kijów, przypominający coś w stylu Flinstonów. Druga taka siłownia znajduje się nieopodal cmentarzyska muszelek.

Warto odwiedzić Mercado Municipal – lokalny rynek, gdzie kupimy świeże owoce, warzywa, ryby i pamiątki. Trzeba jednak pamiętać o ograniczeniach: do Polski można przywieźć np. ananasy, kokosy, banany czy daktyle, ale muszle są zakazane, a durianów nie wolno przewozić samolotem. Obok rynku znajduje się kolorowa ścieżka z muralami i budkami z pamiątkami. To miejsce tętni życiem i zachwyca intensywnymi kolorami, które w Afryce są obecne przez cały rok – w kontraście do jesiennej szarości Europy.

Na wschodnim krańcu Santa Maria rozciąga się ogromne cmentarzysko muszelek – niezwykła atrakcja turystyczna. Tuż obok można obserwować windsurferów i kitesurferów korzystających z wietrznych warunków wyspy. Koniec deptaku w tej części miasta to popularne miejsce na zdjęcia przy napisie „I <3 Santa Maria”. Obok znajduje się poczta, ale warto zejść z przetartego szlaku i odkrywać kolejne zakamarki miasteczka.

Jeśli po spacerku po głównej części miasta Santa Maria czujemy drobny niedosyt możemy ruszyć przez pustynię do dzielnicy Villa Verde, tuż za którą znajduje się ogród botaniczny. Miejsce to idealne dla fanów florystyki. Tutaj warto zaznaczyć, że choć Republika Zielonego Przylądka to na wyspie Sal zbytnio zielono nie jest. Nazwa kraju pochodzi od Przylądka Zielonego (Cap Vert) na zachodnim wybrzeżu Afryki, położonego na wschód od archipelagu. To właśnie od tego geograficznego punktu Portugalczycy, którzy odkryli wyspy w XV wieku, nadali nazwę całemu archipelagowi. Nie oznacza to jednak, że cały ten wyspiarski kraj nie ma miejsc, gdzie jest bardzo zielono – trzeba po prostu zajrzeć na inne wyspy – np. Sao Antao czy Fogo, z której pochodzi kabowerdeńska kawa.

Wspomniałem o tym co warto zobaczyć, ale warto wspomnieć też co trzeba zabrać ze sobą. Nie jest to jakaś długa lista – na pewno gadżet z napisem „no stress” niezależnie od tego czy będzie to mała bransoletka, czy podkoszulka / bluza zawsze przypomni nam o wakacjach w raju. Do tego warto wrzucić grog – lokalny rum z trzciny cukrowej uznawany za narodowy napój alkoholowy. Kolejna pozycja na mojej liście do wrzucenia do walizki to kawa – kto jaką woli, ale pochodząca z wyspy Fogo. Uprawy znajdują się na zboczach aktywnego wulkanu Pico do Fogo (2829 m n.p.m.), co nadaje ziarnom bogaty, mineralny charakter. Moją listę zamykają sól z Pedra de Lume oraz tradycyjne rękodzieło.

Uwaga! Fragmenty żółwi, szczęki rekinów, suszone ryby czy czaszki zwierząt są zabronione. Choć bywają oferowane na straganach, ich wywóz jest nielegalny i grozi problemami na granicy.

Najważniejsze – „no stress”. Niezależnie od pory roku w jaką wybieracie się na Wyspy Zielonego Przylądka – szanse, że wrócicie opaleni są ogromne. Słońce może być za chmurami, może być wietrznie, a opalicie się szybciej i bardziej niż nad naszym Bałtykiem…