Modlin – lotnisko, które wszyscy kochają krytykować. Czy słusznie?

Kacper Malarz

Cześć! Jestem Kacper i pochodzę z podwarszawskiego Celestynowa. Ukończyłem studia licencjackie na kierunku Turystyka i Rekreacja w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, pracuję w tej branży, a od kilku lat spełniam się w roli podróżnika. Praca na pełny etat nie przeszkadza mi, aby znaleźć czas na podróże – zarówno te małe jak i duże. Zapraszam Was do odkrywania ze mną świata.

Poczytaj i daj się porwać w niesamowitą podróż!

Media społecznościowe


Dla jednych to „kurnik” i „chlebak”, dla innych – miejsce pierwszego spotkania z lotnictwem. Lotnisko Warszawa–Modlin od lat budzi emocje, a w rankingach regularnie ląduje na ostatnich miejscach. Mimo to dziś znów zaczyna tętnić życiem. Po blisko dwóch latach stagnacji ruch w porcie wyraźnie przyspiesza: Ryanair rozwija siatkę połączeń, WizzAir wraca z nową bazą, a prawdziwym gamechangerem okazuje się AirArabia, która uruchomiła codzienne loty do Szardży. Dlaczego Modlin ma tak złą opinię? Co w nim działa, a co nie? I czy naprawdę zasługuje na miano najgorszego lotniska w Polsce?

Zacznijmy od początku problemów: po rekordowym 2023 roku sytuacja Modlina zaczęła się komplikować. Liczba połączeń malała, a negocjacje z Ryanairem utknęły w martwym punkcie. Stara umowa wygasła, nowa nie została podpisana, a port – zdominowany przez jednego przewoźnika – zaczął powoli tracić pasażerów.

Przełom przyszedł dopiero w 2025 roku. Ryanair w końcu osiągnął porozumienie z lotniskiem, a chwilę później pojawiły się dwie niespodzianki: AirArabia ogłosiła wejście na rynek, a WizzAir – po latach nieobecności – zapowiedział otwarcie nowej bazy.

I tak, na początku 2026 roku Modlin obsługuje już trzech przewoźników: Ryanair, WizzAir i AirArabię. Dzięki temu z podwarszawskiego portu można polecieć z jedną przesiadką nawet na Malediwy czy Sri Lankę. Na płycie lotniska królują Boeingi 737-800 Ryanaira i Buzza, a od grudnia także Airbusy A320 i A321 w barwach WizzAira oraz AirArabii.

Co znajdziemy w terminalu? Modlin nie jest wielki – i to czuć od pierwszych kroków. W strefie ogólnodostępnej znajdziemy: stanowiska check-in, kantor, kasę Kolei Mazowieckich, punkty wynajmu samochodów, kawiarnię, sklepy z pamiątkami oraz kilka punktów gastronomicznych przed wejściem do terminala.

Po kontroli bezpieczeństwa oferta jest skromniejsza, ale wystarczająca: Aelia Duty Free, Inmedio, 1Minute, pizzeria, So!Coffee oraz automaty samoobsługowe. Kantor w strefie zastrzeżonej podczas mojej ostatniej wizyty był zamknięty.

Terminal jest podzielony na część Schengen i non-Schengen. Jeśli lecimy np. AirArabią do Szardży lub WizzAirem do Kiszyniowa, przechodzimy kontrolę paszportową – i nie ma już możliwości powrotu do głównej strefy. Problem w tym, że ta część jest naprawdę mała. Dwa gate’y i potencjalnie nawet 370 osób naraz to przepis na tłok, który wielu pasażerów zapamiętuje jako największą wadę Modlina.

O ile ciasnota terminala jest widoczna gołym okiem, o tyle największe problemy Modlina zaczynają się tam, gdzie pasażer już nie zagląda – w infrastrukturze technicznej. Port od lat nie doczekał się modernizacji systemów nawigacyjnych, które umożliwiałyby lądowania przy gęstej mgle. W praktyce oznacza to, że gdy warunki pogodowe się pogarszają, samoloty często muszą być kierowane na inne lotniska. To frustruje pasażerów, generuje opóźnienia i dokłada kolejną cegiełkę do negatywnego wizerunku portu. To nie jest kwestia „widzimisię” – to standard, który w nowoczesnych portach lotniczych po prostu powinien być. Niestety, podobnie jak w przypadku rozbudowy terminala, inwestycje w systemy ILS wyższej kategorii były latami blokowane. Środki i uwaga decydentów kierowane były gdzie indziej, m.in. na budowę lotniska w Radomiu.

Czy w Modlinie jest tanio? Tak. Czy jest dobrze? Cóż… jest tanio. I to właśnie sedno. Modlin nie udaje, że jest luksusowym portem. To lotnisko niskokosztowe, stworzone z myślą o tanim lataniu. Jeśli ktoś oczekuje przestrzeni, bogatej oferty gastronomicznej i komfortu rodem z dużych hubów – będzie rozczarowany. Jeśli jednak priorytetem jest cena biletu, Modlin spełnia swoją rolę.

Jak dojechać do Modlina? Tu akurat port wypada naprawdę dobrze. Koleje Mazowieckie oferują bezpośrednie połączenie z Lotniska Chopina przez Warszawę Centralną. Pociągi kursują co godzinę od 3:00 do 23:00, a ze stacji Modlin pod terminal dowożą autobusy co ok. 20 minut – cała podróż z centrum Warszawy trwa około godziny. Alternatywę stanowi FlixBus odjeżdżający z pętli Metro Młociny: czas przejazdu ok. 45 minut (zależnie od ruchu).

Na lotnisko jest możliwy względnie szybki dojazd trasą S7 Warszawa–Gdańsk, a dla takich podróżujących dostępne są liczne parkingi – zarówno prywatne, jak i należące do lotniska.

Po latach stagnacji pojawiają się pierwsze sygnały, że Modlin może w końcu wejść na ścieżkę rozwoju. Wraz z powrotem przewoźników i rosnącą liczbą pasażerów coraz głośniej mówi się o:

  1. Rozbudowie terminala
    Plan zakłada powiększenie strefy odlotów, stworzenie większej części non-Schengen oraz zwiększenie liczby gate’ów. To kluczowe, jeśli port chce obsługiwać rosnącą liczbę lotów.
  2. Modernizacji systemów nawigacyjnych
    Wprowadzenie nowoczesnych systemów ILS wyższej kategorii pozwoliłoby na lądowania w trudnych warunkach pogodowych i znacząco zmniejszyło liczbę przekierowań.
  3. Usprawnieniu infrastruktury drogowej i kolejowej
    Choć dojazd jest już niezły, planowane są:
    • częstsze pociągi,
    • lepsza integracja z komunikacją miejską Warszawy,
    • modernizacja dróg dojazdowych do terminala.
  4. Przyciąganiu nowych przewoźników
    AirArabia pokazała, że Modlin może być atrakcyjny także dla linii spoza Europy. Jeśli port poprawi infrastrukturę, może stać się ważnym punktem dla tanich przewoźników z Bliskiego Wschodu czy Azji.

To w końcu – lubić Modlin czy nie? Modlin jest jak tanie linie lotnicze, które go obsługują: nie obiecuje cudów, ale dowozi to, co najważniejsze – możliwość taniego i szybkiego latania. Ma swoje wady, niektóre bardzo widoczne, ale ma też ogromny potencjał, który przez lata był blokowany. To nie jest odległość, która powinna kogokolwiek przerażać, zwłaszcza że wiele europejskich lotnisk niskokosztowych leży znacznie dalej od swoich miast. Problemem nie jest więc samo położenie, lecz to, że Modlin nie oferuje komfortu, który rekompensowałby tę podróż. Gdyby terminal był większy, systemy nowocześniejsze, a infrastruktura bardziej dopracowana, nikt nie narzekałby na te 40 kilometrów.

Dziś, gdy na lotnisko wracają przewoźnicy, a siatka połączeń rośnie, Modlin zaczyna przypominać port, którym mógłby być od dawna. I choć pewnie jeszcze długo będzie obiektem żartów, to jedno jest pewne: w 2026 roku znów zaczyna odgrywać ważną rolę na mapie polskiego lotnictwa.