Sztorm na Morzu Śródziemnym zimą nie jest niczym niezwykłym, ale planując rodzinny wyjazd feryjny, na pewno nie spodziewaliśmy się, że na Maltę dotrzemy dosłownie w ostatni dzień, gdy szalał nad nią sztorm Harry. Patrząc z perspektywy pobytu na miejscu — media zdecydowanie podkręcają rzeczywistość. Owszem, widać było pewne zniszczenia, ale na pewno nie tak drastyczne, jak przedstawiano to w wielu źródłach.

Na Malcie wylądowaliśmy chwilę po godzinie 9. Pierwszym punktem było oczywiście zostawienie bagaży w hotelu. Zatrzymaliśmy się w Gzirze, w hotelu Regional — obiekt jest praktycznie nowy i położony w świetnym punkcie komunikacyjnym. Przystanki autobusowe znajdują się około 400 metrów od hotelu, a stamtąd można dojechać praktycznie wszędzie.

Jeszcze na lotnisku kupiliśmy czterodniowe karty Tallinja, umożliwiające nielimitowane przejazdy autobusami i promami przez 96 godzin za 21 EUR. Warto wiedzieć, że nie da się ich kupić w automatach. Malta jest świetnie skomunikowana — autobusy jeżdżą regularnie, a komunikacja dla Maltańczyków jest darmowa.




W punktach przesiadkowych, tj. m. in. na dworcu autobusowym w Valetcie oraz przystanku węzłowym Bombi znajduje się system dynamicznej informacji pasażerskiej. Wyświetlane są najbliższe odjazdy z przystanku, a autobusy można śledzić także w aplikacji – uwaga, dane w aplikacji mogą różnić się względem tych dostępnych w Mapach Google. Najkorzystniejszą opcją biletową pozostają bilety 4- i 7-dniowe, jednak wszystko zależy od tego w jaki sposób planujecie spędzić czas na Malcie. Istnieje możliwość płatności kartą za bilet w autobusie.

Po zostawieniu bagaży ruszyliśmy na spotkanie z… Harrym. Pierwszy dzień był swego rodzaju spektaklem — fale sięgały wysoko, a w części Sliemy potrafiły niespodziewanie opryskać spacerujących promenadą ludzi. Po drodze mijaliśmy drobne zniszczenia, ale służby porządkowe usuwały je na bieżąco. Wędrując po Sliemie i okolicznych miejscowościach, można podziwiać liczne, piękne kamienice. Warto zajrzeć również do Parku Niepodległości. Kilka lat temu doszło tam do tragicznego morderstwa Polki opiekującej się kotami — dziś w parku stoi rzeźba kota z jej imieniem i nazwiskiem. Malta jest bezpieczna, ale życie bywa nieprzewidywalne.

Po południu wróciliśmy do hotelu, by się zakwaterować i chwilę odpocząć. Wieczorem przyszedł czas na kolację — zjedliśmy ją po włosku w restauracji Dal Siciliano Pizzeria w Gzirze. Kuchnia maltańska nie należy do moich ulubionych, ale bliskość Włoch sprawia, że opcji a’la italiano jest tu pod dostatkiem.

Aby w pełni wykorzystać zakupione bilety, wieczorem pojechaliśmy do stolicy wyspy — Valetty. Nie była to moja pierwsza wizyta, więc mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać. Miasto nocą robi ogromne wrażenie, choć późniejsze opady deszczu skutecznie popsuły atmosferę. Tym razem nie mieliśmy ani kurtek, ani parasoli, więc wróciliśmy do hotelu.

Kolejny dzień przywitał nas znacznie spokojniejszą pogodą. Chmury się przerzedziły, a momentami przebijało słońce. Zimą na Malcie temperatury wahają się między 10 a 15°C, zwykle przy przewadze słońca — choć prognozy bywają zawodne.


Autobusem pojechaliśmy do Rabatu i Mdiny — dawnej stolicy wyspy. „Miasto ciszy” w pełni zasługuje na swoją nazwę. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Valetty, tutaj częściej słychać było języki obce niż polski. W autobusach natomiast niemal zawsze trafiał się ktoś mówiący po polsku — uroki ferii zimowych. Mdina, podobnie jak Valetta, oferuje wiele miejsc idealnych dla miłośników fotografii: panoramę wyspy, widok na Rabat czy ogrody wokół twierdzy. To obowiązkowe punkty na mapie.

Kolejnym miejscem była Ghajn Tuffieha — jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc na Malcie. Klify, zieleń i piękna plaża tworzą wyjątkowy krajobraz. Tym razem postanowiliśmy podejść bliżej klifu. Czy był to błąd? Moje jedyne buty spotkały się z maltańskim błotkiem, a ja sam trzymałem się gałęzi, kombinując, jak nie zjechać w dół. Było wesoło. Na zachód słońca pojechaliśmy w okolice hotelu Paradise Bay, niedaleko miejsca, skąd odpływa prom na Gozo. Spektakularnego zachodu nie było, ale potencjał tego miejsca jest ogromny.

Wieczorem ponownie wybraliśmy się na spacer po Sliemie, jednak znów zaskoczył nas deszcz. Widok na Valettę z tego miejsca jest przepiękny. Warto dodać, że z powodu pogody prom między Sliemą a Valettą nie kursował.


Piątek zaskoczył nas fantastyczną pogodą — słońce i pojedyncze chmury. Pojechaliśmy do Marsaxlokk, jednego z najbardziej pocztówkowych miejsc na Malcie. Spacer brzegiem portu, lody i korzystanie ze słońca — idealny poranek.

Kolejnym punktem była Valetta o godzinie 16:00, by zobaczyć salwę honorową. Szczerze mówiąc, nie uważam tego za atrakcję wartą szczególnej uwagi — jest tłoczno, a sama salwa trwa chwilę. Z górnych ogrodów Upper Barrakka można ją obserwować za darmo, a piętro niżej — z bliska — za 3 EUR.
Sobota była dniem, na który czekałem najbardziej. Głównym argumentem, by wrócić na Maltę, była właśnie możliwość odwiedzenia Gozo. Ostatni raz byłem tu w 2022 roku, jeszcze w covidowej rzeczywistości. Widziałem tłumy poza sezonem i nawet nie chcę sobie wyobrażać, co dzieje się tu latem. Wycieczkę ogarnialiśmy dosłownie last minute — w piątek wieczorem. Ponieważ część rodziny nie mówi dobrze po angielsku, zależało nam na polskojęzycznym przewodniku. Udało się znaleźć miejsce u Agnieszki z „Malta na Petardzie”. Ruszyliśmy w grupie 3+5 vanem, a równolegle jechał drugi bus.

Po drodze odwiedziliśmy jeszcze na Malcie wioskę Popeye’a, gdzie Walt Disney realizował musical w 1980 roku. Z góry wygląda imponująco — może następnym razem zajrzymy do środka.

Gozo było głównym punktem programu. Zobaczyliśmy liczne cuda natury, miejsca znane z „Gry o Tron” i krajobrazy, które momentami wyglądały jak z innej planety. Trudno to opisać — trzeba zobaczyć.




Ostatni dzień spędziliśmy spacerując po Valetcie i Birgu — wcześniejszej stolicy wyspy. Niestety pogoda znów się popsuła, więc część czasu spędziliśmy w kawiarni. Warto wspomnieć, że w Birgu znajdował się sztab Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy — zajrzeliśmy tam i wsparliśmy akcję, choć wcześniej nie wiedzieliśmy o jego istnieniu.

Z Maltą pożegnaliśmy się wieczorem, wsiadając do samolotu Ryanaira do Modlina. Tak minął nasz rodzinny, maltański czas.







