Wrześniowe weekendy mają swój wyjątkowy urok – to właściwie ostatnie chwile, by cieszyć się słońcem i ciepłem, zanim nadejdą coraz krótsze i chłodniejsze dni jesieni oraz zimy. Ostatni weekend spędziłem na południu, w sercu Rumunii, czyli w Bukareszcie. Stolica, położona za Siedmiogrodem, nie jest zbyt popularna wśród turystów, co najprawdopodobniej wynika z jej ograniczonej atrakcyjności. Poza Pałacem Republiki i Starym Miastem trudno znaleźć tam inne interesujące miejsca. W wielu krajach zawsze udawało mi się znaleźć coś wyjątkowego, jednak tutaj tego zabrakło. Mimo to, spacer po mieście może być interesujący ze względu na chaotyczną architekturę i pewien nieład, który nadaje mu specyficzny charakter.
Do Bukaresztu dotarłem wraz z kolegą, korzystając z tanich linii lotniczych WizzAir. Nasz samolot wylądował na lotnisku Băneasa, które, co może być zaskoczeniem, znajduje się bliżej centrum miasta niż główne lotnisko Otopeni, obsługiwane między innymi przez LOT. Samo w sobie lotnisko bardziej przypomina dworzec autobusowy, ale samoloty latają właśnie tutaj. Wokół lotniska trwa budowa nowej linii metra, co powoduje drobne utrudnienia w poruszaniu się. Jak to często bywa w moim przypadku, nawet na weekend zabrałem ze sobą bagaż rejestrowany.


Zgodnie z aktualnym rozkładem lotów, samolot z Warszawy przylatuje około godziny 21:00 czasu lokalnego (w Rumunii jest o godzinę później niż w Polsce). Po pracowitym piątku nie miałem już siły na wieczorne zwiedzanie miasta, więc od razu udaliśmy się do naszego noclegu, który zarezerwowaliśmy przez Booking.com w dzielnicy Obor. Do miejsca zakwaterowania dostaliśmy się bezpośrednio autobusem miejskim. Płatność za przejazd odbywa się w kasownikach za pomocą karty, a pojedynczy bilet kosztuje 3 RON, czyli niecałe 3 złote.

Na początku warto wspomnieć o komunikacji publicznej w Bukareszcie. Przystanki oznaczone są żółtymi znakami „STB”, na których widnieją numery linii odjeżdżających z danego miejsca. Rozkłady jazdy można znaleźć w Mapach Google oraz HERE. Zarządcą transportu naziemnego jest wspomniane STB, natomiast metro obsługuje inny operator. Podczas naszego pobytu, chcąc jak najlepiej wykorzystać czas, próbowaliśmy kupić bilet łączony na transport naziemny i podziemny, ale w czterech różnych biletomatach próba zakończyła się anulowaniem transakcji z powodu braku dostępnych kart do kodowania biletów. Ostatecznie drugiego dnia kupiliśmy dwa bilety na metro, a ostatniego dnia korzystaliśmy z biletu dobowego na linie naziemne, zakupionego przez rumuńską aplikację 24 Pay. W takich momentach docenia się, jak dobrze działa system biletowy w Polsce – automaty biletowe są dostępne praktycznie wszędzie, a system biletowy jest sprawny i jednolity, przynajmniej w większych miastach.

Pierwszy dzień zwiedzania rozpoczęliśmy w sobotę rano. Metrem pojechaliśmy do centrum, pod Pałac Parlamentu. Niestety, tereny wokół pałacu były tylko częściowo dostępne ze względu na trwające prace konserwacyjne. Dodatkowo odbywało się tam jakieś wydarzenie, co ograniczało swobodny dostęp do obiektu. Przeszliśmy się więc wokół pałacu, szukając najciekawszych ujęć i perspektyw. Próbowaliśmy także wejść do środka, lecz tego dnia wejście było możliwe tylko dla grup zorganizowanych. Spacer wokół pokazał, jak ogromny i wyjątkowy jest to budynek. Tego dnia przeszliśmy łącznie ponad 30 000 kroków, a spacer wokół tego ogromnego obiektu stanowił znaczną część tego dystansu.

Dodatkowo, podczas naszego pobytu mieliśmy okazję zauważyć, jak miasto łączy w sobie zarówno nowoczesność, jak i ślady swojej burzliwej historii. Bukareszt, mimo że nie jest typowym celem turystycznym, oferuje unikalną mieszankę architektoniczną i atmosferę, która może zaciekawić osoby poszukujące czegoś innego niż utarte szlaki. Warto również dodać, że lokalna kuchnia i kultura mają swój urok, który można odkryć podczas spacerów po mniej uczęszczanych dzielnicach. Wszystko to sprawia, że nawet krótki pobyt w tym mieście może dostarczyć wielu wrażeń i przemyśleń.
Moje luźne przemyślenia to przede wszystkim to, że powinniśmy bardziej doceniać to w jakim kraju żyjemy.
Ostatni dzień w Bukareszcie spędziliśmy spacerując po północnych dzielnicach miasta, a zarazem podziwiając przy okazji takie obiekty jak Dom Wolnej Prasy, Łuk Triumfalny czy ROMEXPO.


Czy wrócę jeszcze do tego wschodniego państwa? Pewnie nie prędko, a jeśli to pewnie tym razem bardziej odkrywać Transylwanię i inne regiony, bowiem Bukareszt nie wywołał u mnie (kompana też) efektu WOW. Warto lecieć i przekonać się samodzielnie, każdy w końcu w podróżach szuka czegoś innego.







